MAZDĄ CX-60 NA POLSKI BIEGUN ZIMNA
Czy Polska ma swój biegun zimna? W tej kwestii zdania są nieco podzielone. Jedne źródła wymieniają Halę Izerską, inne wskazują Tatry, a jeszcze inne okolice Suwałk. Patrząc na wykresy temperatur z przełomu stycznia i lutego 2026 roku, postanowiłem wyruszyć Mazdą CX-60 na północny wschód Polski. Wybrałem więc trzecią opcję i chciałem sprawdzić, jak to jest z tym polskim biegunem zimna w rzeczywistości. Czy prognozy mówiące o tym, że w nocy temperatura spadnie do -30 stopni Celsjusza, są prawdziwe? Czy Mazda CX-60 z silnikiem Diesla zda egzamin w tak ekstremalnych warunkach? Czy drogi będą przejezdne i czy uda mi się dotrzeć na przysłowiowy koniec świata gdzieś między Rutką-Tartakiem a Wiżajnami? Wiele pytań, a odpowiedzi na nie znaleźć mogłem jedynie tam, na miejscu. Ruszyłem zatem Mazdą CX-60 na polski biegun zimna. Posłuchajcie…

Kierunek Suwałki
Niedzielny wieczór w Warszawie. Na termometrze -14 st. C. Zatrzymałem się na stacji benzynowej koło domu i przy dystrybutorze miałem małą zagwozdkę. Pamiętam z dawnych lat, że zimą stacje reklamowały „zimowe paliwo”. Teraz nie zobaczyłem ani grama informacji o tym, czy paliwo, które mam zamiar zatankować, jest w jakikolwiek sposób przystosowane do niskich temperatur. Kolejnym zaskoczeniem było dla mnie to, że ani na tej, ani na dwóch innych stacjach benzynowych nie znalazłem płynu do spryskiwaczy z temperaturą zamarzania niższą niż -20 st. C. Zapytałem o paliwo i płyn obsługę – niestety odesłali mnie z kwitkiem.
Ostatecznie zatankowałem „droższego” Diesla i zalałem zbiornik płynem do spryskiwaczy z etykietą -20 st. C. Kiedy jechałem najpierw drogą S8, a później S61 w kierunku Suwałk, naszły mnie refleksje. Od dobrych 15 lat nie pamiętam takiej zimy, żeby mróz trzymał tak długo, a słupki rtęci sięgały tak nisko. Odzwyczailiśmy się od mroźnych zim. Paradoks polega też na tym, że fala mrozów czy śnieżyc zazwyczaj nie obejmuje całej Polski. Kiedy ja zmierzałem do Suwałk, gdzie prognozowano w nocy -30 st. C, we Wrocławiu temperatura miała spaść „tylko” do -14 st. C. Śniegu na zachodzie Polski też praktycznie nie ma (poza górami).
Myśli o tej nierównej i zapomnianej zimie towarzyszyły mi przez trzy godziny jazdy z Warszawy do Suwałk. Po drodze obserwowałem, jak termometr w samochodzie pokazywał coraz to niższe wartości. Zaczynałem od -14 st. C, a kiedy dojechałem do celu, termometr wskazywał już -26 st. C. Jak się jechało? Zasadniczo do zjazdu z drogi S61 w Szypliszkach całą trasę mknąłem po suchej nawierzchni. Mazda CX-60 przemknęła bez problemu prawie 300 km drogi ekspresowej. Kiedy zjechałem z „eski”, zrobiło się ciekawiej. Zamiast asfaltu pod kołami miałem żywy lód.
Ile wynosi droga hamowania?
Koła samochodu po kilkuset kilometrach suchego asfaltu nagle znalazły się na lodzie. Nie na śliskim śniegu – na lodzie. Przy tak niskich temperaturach żarty się kończą, a tam, gdzie dróg nie posypuje się solą, trzeba liczyć się z tym, że pod kołami będzie lodowisko. No i było. Na rozgrzewkę dostałem ok. 20 km z Szypliszek do Rowel. Miejscami w lodzie występowały „dziury” asfaltu, ale było to bardzo złudne. Przełączyłem auto w tryb „off-road” i zdecydowanie zdjąłem nogę z gazu.
Jazda po takiej nawierzchni jest wymagająca. Jechać się da, ale gorzej jest, kiedy trzeba się zatrzymać. Zwłaszcza nagle. Wtedy szybko okazuje się, że droga hamowania jest bardzo trudna do przewidzenia. Nawet przy niewielkiej prędkości trudno jest zatrzymać auto dokładnie tam, gdzie się tego chce. Trzeba maksymalnie uważać. Wiedziałem, że coś takiego mnie tam spotka, i byłem pogodzony z tym, że prędkość oraz czas dojazdu będą zupełnie inne niż w normalnych warunkach. Na całe szczęście ruch na tych lokalnych drogach jest niewielki, a pozostali kierowcy zmagają się z tym samym.
Czy Mazda CX-60 poradziła sobie z tymi warunkami? Przyznam, że początkowo miałem obawy, czy uda mi się podjechać do siedliska Cisowe Wzgórze w Rowelach. To miał być sprawdzian możliwości i przy okazji odpowiedź na pytanie, gdzie wybrać się kolejnego dnia. Kiedy znalazłem się na początku podjazdu, na ramieniu usiadł mi strach. Droga nie dość, że stroma, to ma jeszcze do tego dwa zakręty. Latem pokonuje się ją bezwiednie. Teraz, kiedy pokryta była lodem, wywołała moje zwątpienie.
Ruszyłem delikatnie z miejsca i dosłownie czułem, jak napęd 4×4 pracuje na to, żeby auto się nie zatrzymało i wjechało na górę. Byłem pod wrażeniem, jak płynnie udało się tam wjechać. Okazało się, że Mazda CX-60 bez zająknięcia pokonała mój strach i kolejny już raz udowodniła, że daje radę w każdych warunkach. Dzięki temu, że bez problemu wjechałem do Cisowego Wzgórza, wiedziałem, że nic gorszego nie spotka mnie kolejnego dnia i cały „koniec świata” stoi przede mną otworem. Na miejsce dotarłem po 20:00, więc nie pozostało mi nic innego, jak rozpalić ogień w kominku i delektować się ciszą. Pozostała już tylko jedna niewiadoma: czy jeśli w nocy słupek rtęci spadnie do -30 st. C, to Mazda rano odpali?
Polski biegun zimna
Nie mnie rozstrzygać, czy okolice Wiżajn to rzeczywiście polski biegun zimna. Ja mogę powiedzieć jedynie o moich obserwacjach i doświadczeniach. Kiedy tuż po 7:00 wyszedłem do auta, termometr wskazywał -26 st. C. Wsiadłem, nacisnąłem nogą pedał hamulca i zobaczyłem zieloną lampkę przy napisie „START”. Przycisnąłem go i wstrzymałem oddech. Na wyświetlaczu zakręcił się model samochodu, zapaliły się kontrolki, a silnik jakby nigdy nic ruszył z takim samym dźwiękiem jak zawsze. Dawniej mówiło się, że auto „pali na dotyk” – i tak właśnie zachowała się Mazda CX-60 z silnikiem Diesla. Temperatura nie zrobiła na niej wrażenia. Auto szybko się rozgrzało i po chwili mogłem już ruszyć w poszukiwaniu kadrów.
Jak wyglądał polski biegun zimna w pierwszych dniach lutego 2026 roku? Był senny. Z kominów w niebo biły kłęby dymu. Na drogach ruch był znikomy. Zjechałem ze wzgórza, korzystając z asystenta zjazdu, który pozwolił mi utrzymać stałą prędkość. Obok trybu „off-road” to bardzo przydatna funkcja w takich warunkach. Zwłaszcza na odcinkach, przy których stały znaki „stromy zjazd 11%”, a droga pokryta była lodem.
Z Rowel pojechałem do Rutki-Tartaku i na rondzie skręciłem w lewo. Jechałem cały czas prosto, aż dotarłem do granicy Polski i Litwy. Wysiadłem z auta na szczycie jednego z polodowcowych wzgórz i zaniemówiłem z wrażenia. Cisza tak gęsta, że można było kroić ją nożem. Dookoła tylko zamrożony świat. Taki piękny koniec świata. Drogi, choć sakramencko śliskie, były w stu procentach przejezdne. Dotarłem we wszystkie moje miejscówki, które odwiedzam zazwyczaj w pozostałych porach roku. Zajrzałem do Ejszeryszek, Olszanki, Potopów, Makowszczyzny i Poszeszupia. Jeżdżąc po tym „końcu świata”, w obniżeniach terenu termometr wskazywał -30 st. C. Wiem, że różnica między -15 a -30 st. C jest trudna do opisania, ale kiedy znajdzie się w takim miejscu, to dosłownie czuje się, jak mróz „szczypie” w nos i policzki. Mnie nie kręciła jednak sama temperatura. Ja uganiałem się za zimowymi pejzażami, których w ostatnich latach nie widziałem nigdzie poza górami. Polski biegun zimna pokryty był szadzią. Szczególnie brzozy w takiej białej szacie wyglądały zjawiskowo.
Piękne „nic”
Taka zimowa podróż na polski biegun zimna i przysłowiowy koniec świata jest ze swojej natury czymś dla koneserów. Ja chciałem doświadczyć prawdziwej zimy, mrozu i trudnych warunków na drodze, ale w planach miałem też zrobienie zdjęć tej mroźnej aury. Wiedziałem jednak, że nie będzie to takie zwiedzanie jak wiosną czy latem. Każde wyjście z auta to małe wyzwanie. Trudno zabiera się ręce z podgrzewanej kierownicy i wstaje z podgrzewanego fotela.
Na tym polskim biegunie zimna znalazłem piękne „nic”. Wiedziałem, że tak będzie, bo już dobre 15 lat temu doświadczyłem czegoś podobnego na Suwalszczyźnie. Nie pojechałem tam zwiedzać, lecz doświadczać. Pojechałem przekonać się, czy Mazda CX-60 da radę. Spędziłem cały dzień na jeżdżeniu wśród morenowych wzgórz i delektowaniu się tym czasem. Kiedy znowu przyjdzie taka zima? Może za rok? A może za kolejne 15 lat?
Zebrałem dużo wspaniałych doświadczeń. Przełamałem strach i obudziłem w sobie radość z podróżowania bez jasnego celu. To droga była moim celem. Mazda wyśmienicie zdała wszystkie „testy”, którym ją poddałem. Nawet kiedy ja wykazywałem się zbyt dużą brawurą, potrafiła wyciągnąć mnie z opałów i bezpiecznie dowiozła mnie do celu. To ważne doświadczenie, bo samochód – obok aparatu – jest moim podstawowym narzędziem pracy i teraz wiem, że potrafi sprostać skrajnie wymagającym warunkom. Przecież to dopiero początek roku, więc jeszcze niejedno slowroadowe wyzwanie przed nami…
















