ROWEREM ELEKTRYCZNYM PO POLSCE - WERSJA 2.0.

Wiosną i latem 2024 roku testowałem połączenie Mazdy CX-60 z rowerem elektrycznym. Woziłem go ze sobą na bagażniku, ale wtedy głównie trzymałem się południowej granicy Polski. Testowałem to rozwiązanie w górach, dlatego kiedy kolejny raz miałem okazję je sprawdzić, postanowiłem pojechać w zupełnie innym kierunku – nad morze. Czy w dwa lata zaszły w tych rowerach jakieś znaczące zmiany? O tym wszystkim miałem się przekonać, zabierając ze sobą w podróż elektryka w kolorze Soul Red Crystal, czyli dokładnie takim samym jak lakier Mazdy CX-5, za której kierownicą siedziałem.
Co to za rower?
Rower do testów otrzymałem od firmy Polana Bikes, która współpracuje z salonem Mazdy Mirai Motors w Sosnowcu. Kolor roweru nie jest przypadkowy – firma ta dostarcza je w odcieniach z mazdowego katalogu. Kultowa czerwień na ramie elektryka prezentuje się naprawdę ciekawie i jak dla mnie, dla każdego fana samochodów Mazdy oraz jazdy na dwóch kółkach, jest to rozwiązanie wręcz idealne. Jeśli chodzi o dokładną specyfikację roweru, to ze względu na to, że nie jestem w sprawach technicznych zbyt mocną personą, odsyłam zainteresowanych na stronę producenta, gdzie można sprawdzić dokładnie „co i jak”. Producent Neon Bikes pisze o tym modelu, Pulse 1.0, że jest to nowy wymiar terenowej wolności. Czy te słowa mają pokrycie w rzeczywistości?

No to jazda!
Z Warszawy nad morze można jechać szybko lub ciekawie. Ja oczywiście wybrałem opcję drugą i zamiast trasy, którą autostradą mógłbym pokonać w parę godzin, wybrałem wariant przejazdu przez Bory Tucholskie. Skusiła mnie perspektywa zatrzymania się w pensjonacie Gwiazda Borów w pobliżu Tucholi. Rano zaplanowałem sobie pierwszą testową trasę na ok. 30 km po okolicznych lasach. Nie miałem okazji wcześniej jeździć na tym rowerze, więc jak na początek wydawało się to bezpieczną opcją. Samochód zostawiłem na parkingu w okolicach Swornychgaci i ruszyłem na szlak. Teren do testów miałem dobry, bo 2 lata wcześniej też jeździłem po tych okolicach na rowerze elektrycznym.
Już po pierwszych 5 km poczułem, że się dogadamy. Leśna droga, która znikała mi za plecami, a do tego płynnie pokonywane nierówności – jednym słowem: bajka. Tam, gdzie jechałem przez monotonne odcinki sosnowej monokultury, mknąłem z prędkością ok. 25 km/h, czyli taką, przy której otrzymywałem od silnika wspomaganie. Kiedy dookoła robiło się ciekawiej, znacznie zwalniałem i cieszyłem oczy tym, co mnie otaczało. Po drodze minąłem kilka jezior, podjechałem pod kilka stromych skarp i przemknąłem przez długie, proste odcinki leśnych dróg pożarowych. Pierwsza jazda to było w mojej ocenie mocne 9/10.
Za co odjąłem punkt? Za brak błotników. Co ciekawe, na trasie było sucho, więc nie chodzi o to, że byłem cały w błocie. Byłem jednak maksymalnie zakurzony. Cały pył i piach spod przedniego koła leciał mi na nogi. Oczywiście ten detal łatwo można rozwiązać, dokupując błotnik, ale ten z drugiej strony odebrałby rowerowi typowo sportowy charakter. Coś za coś. Wyprzedzając fakty – na pozostałych trasach, a przejechałem na tym rowerze ok. 200 km, nie odczuwałem już takiego „ubabrania”, więc może podczas tej pierwszej jazdy odbiór zakłóciły specyficzne piaski w Borach Tucholskich? Trudno stwierdzić, a ja po zamontowaniu roweru na bagażniku ruszyłem Mazdą CX-5 w kierunku Świnoujścia. To przecież tam zaczyna się jedna z najbardziej kultowych, nadmorskich tras rowerowych!
I jeszcze pewna kwestia techniczna. Ten rower w niezwykle prosty sposób montuje się na bagażniku. Na haku Mazdy CX-5 miałem dokładnie ten sam bagażnik co wcześniej, ale tamten rower był trudny w montażu. Tu bez problemu krótszą z łap mogłem zamontować na pierwszym miejscu od strony samochodu, a cała operacja zajmowała mi dosłownie 3 minuty. Patrząc w lusterka w czasie jazdy, widziałem też, że rower jest bardzo stabilny – czy to na nierównościach, czy przy silnym wietrze. Za to należy mu się ogromny plus, bo to kwestia przemyślanej konstrukcji ramy. Bagażnik jest z kolei standardowym rozwiązaniem firmy Thule dostępnym w salonach Mazdy.
Po plaży się marzy!
Od samego początku projektu Slow Road by Mazda marzyłem o zdjęciu samochodu na plaży. Zbadałem ten temat i w Polsce ze względów formalnych jest to praktycznie niemożliwe. Nie twierdzę, że nie da się fizycznie wjechać na plażę, tylko zaznaczam, że trudno jest to zrobić w 100% legalnie. Marzenie pozostawało więc niespełnione, ale kiedy dojechałem na rowerze na plażę w Świnoujściu, uznałem, że „prawie” się udało. Przecież ta cała podróż to wyjątkowy slow driving na 6 kółkach. Dokąd mogę, jadę Mazdą CX-5, a kiedy docieram do „ściany”, przesiadam się na rower i dalej legalnie mknę ku przygodzie.
Czy da się jechać rowerem po plaży? Przyznam, że z mojego doświadczenia na takim rowerze – nie. Próbowałem, i to nawet po tej mokrej i stosunkowo twardej części. Szkoda sił, silnika i nerwów. Widziałem w maju, podczas wyjazdu na foki, jak kilka osób jechało brzegiem morza na rowerach, ale opony mieli jak balony. W moim przypadku życie szybko zweryfikowało karkołomny plan i poddałem się po ok. 100 m jazdy. Na plażę jednak zabrałem „Mazdę” i mam na to dowody w postaci pamiątkowego zdjęcia!

Tysiąc willi
Wspomniałem o kultowej trasie rowerowej, która rozpoczyna się w Świnoujściu. Dobrym skojarzeniem jest to, że w tym miejscu wiele osób rozpoczyna jazdę szlakiem R10, który biegnie wzdłuż Bałtyku na wschód. Ja wybrałem inną opcję. Może taką trochę „dziadkową”, ale z pewnością dostępną dla każdego, bo cała moja trasa miała ok. 25 km i w 100% prowadziła po utwardzonej ścieżce rowerowej. Nie każdy ma czas na przejazd kilkuset kilometrów wzdłuż Bałtyku, o kondycji i sprzęcie potrzebnych do tego nie wspominając. Postanowiłem sprawdzić trasę, którą zarówno Polacy, jak i Niemcy określają mianem „kultowej”. Łączy ona polskie Świnoujście z niemieckim Bansin.
Trasę rozpocząłem na parkingu przy ulicy Bałtyckiej w Świnoujściu. Na jej końcu, w pobliżu plaży, jest spory plac, a wzdłuż niej wyznaczono również miejsca do parkowania. Oba warianty są płatne, więc ja wybrałem opcję drugą… ze względu na cień rzucany przez drzewa. Parking jak na polskie standardy miejskie nie należy do tanich, bo za trzy godziny postoju zapłaciłem 42 zł… Piszę o tym głównie dlatego, że planując taką wycieczkę, bardzo trudno jest przewidzieć, ile czasu zajmie przejazd. Niby odcinek nie jest długi, ale dochodzi jeszcze czas na podziwianie widoków, robienie zdjęć, odpoczynek czy przerwę na obiad. Ja założyłem, że uda mi się przejechać ten odcinek w 2 godziny i 1 godzinę doliczyłem dodatkowo na przystanki. Okazało się, że zabrakło mi czasu na spokojne wypicie kawy na molo w miejscowości Ahlbeck i musiałem gnać do samochodu, żeby zdążyć przed upływem opłaconego czasu. Tu przydawało się wspomaganie elektryczne, bo cały odcinek pokonałem w ekspresowym tempie. Gdybym ponownie miał się wybrać na taką wycieczkę, założyłbym, że zajmie ona w spokojnym tempie ok. 5 godzin.
Co po drodze? Tysiące willi! Ta trasa to istny raj dla tych, którzy lubią podziwiać architekturę. Nie jest ona w 100% spójna, więc zabytkowe budowle są poprzetykane licznymi współczesnymi realizacjami. Obraz całości jest jednak naprawdę zjawiskowy. Nie zliczę, ile razy zahamowałem nagle na widok kolejnej willi. Trzeba dodać do tego również pięknie zagospodarowane parki oraz świetnie utrzymane i oznakowane ścieżki rowerowe. Ahlbeck, Heringsdorf i Bansin mają mola wychodzące daleko w morze. Na ich końcu znajdują się przystanie, skąd odpływają statki wycieczkowe.
Trasę pokonałem w jednym wielkim zachwycie nad architekturą. To prawdziwa gratka, bo w polskich realiach nie mamy takich miejsc. Tak naprawdę to rzut beretem od Świnoujścia, a zupełnie inny klimat.
Testy, testy…
Napisałem, że na tym rowerze przejechałem ok. 200 km, a z dotychczasowego opisu wynika, że było ich raptem 50. Pozostałe 150 km przejechałem w bardzo zróżnicowanych warunkach w Wielkopolsce i w południowej części Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Rower towarzyszył mi w trasach, na których zbierałem materiały do artykułów o ciekawych miejscach w okolicach Poznania i Krakowa. Traktowałem go jako przedłużenie czterech kółek samochodu i przyznam, że ten tandem działał wyśmienicie. Fakt, że cała operacja ściągania i zakładania roweru na bagażnik była banalnie prosta, sprawił, że chętnie ruszałem w nawet kilkukilometrowe trasy. Dzięki takiemu rozwiązaniu można zobaczyć znacznie więcej, nie tracąc wcale na jakości zwiedzania. Po prostu szybciej dociera się do celu, więc pozostaje więcej czasu na delektowanie się chwilą, zdjęcia i odpoczynek.
Po tych 200 km wspólnej przygody podtrzymuję moją wysoką ocenę 9/10. W końcowym wyniku nie odejmuję punktu za błotnik. Ten jeden punkt zostawiam sobie na przyszłość, bo patrząc, jak na przestrzeni dwóch lat technologia rowerów elektrycznych poszła do przodu, jestem przekonany, że ta branża zaskoczy mnie jeszcze czymś nowym. Już teraz wyraźnie wyczułem pod stopami, że silnik w tym rowerze ma inną dynamikę niż ten w modelu, którym jeździłem dwa lata temu. Początkowo byłem też sceptyczny co do kształtu ramy i terenowego charakteru roweru, ale z pneumatycznie regulowaną wysokością siodełka, którą można zmieniać w trakcie jazdy, okazało się, że nawet po dłuższej trasie nie czułem żadnego dyskomfortu czy bólu w plecach – a jeździłem przecież z plecakiem fotograficznym pełnym sprzętu.
Rower Pulse 1.0 w 100% spełnił moje oczekiwania i spisał się na medal. Dzięki niemu dotarłem w wiele miejsc znacznie oddalonych od parkingów i mogłem zrobić sporo tras w formie pętli. Możliwość połączenia Mazdy CX-5 z rowerem to dla mnie coś na wagę złota, bo dzięki temu jestem niezależny i mam całkowitą wolność w planowaniu trasy. Przez cały czas czułem, że współpracujemy – ja, samochód i rower. Celem było odwiedzenie ciekawych miejsc, przeżycie pięknych chwil i zrobienie zdjęć. To wszystko udało się wykonać bez najmniejszego problemu, a wręcz z wielką przyjemnością. Myślę, że to rozwiązanie, by zabierać ze sobą własny rower w różne miejsca, jest idealną opcją dla tych, którzy są ciekawi świata i lubią odwiedzać mało uczęszczane atrakcje. Droga do nich często wiedzie po wyboistych duktach, więc dobrze jest zmienić cztery kółka na dwa i z wiatrem we włosach pomknąć w kierunku przyrody. Sprawdziłem to na własnej skórze i jestem zachwycony!












