KRAINA OTWARTYCH OKIENNIC Z ELEKTRYCZNĄ MAZDĄ 6E

Jazda elektrycznymi Mazdami nie jest dla mnie czymś nowym. Tak naprawdę od pierwszego modelu MX-30 mam styczność z samochodami na „zielonych blachach”. Do tej pory jednak moje podróże elektrykami były mocno zachowawcze. Albo jeździłem w obrębie dużych miast, albo wiedziałem, że na koniec dnia zatrzymam się w hotelu z dostępnymi ładowarkami. Do końca sierpnia 2026 roku najdalej Mazdą 6e byłem w Olandii w zachodniej Wielkopolsce. Dojazd tam to bułka z masłem, bo na całej trasie miałem do wyboru bardzo dużo ładowarek. Nie były mi potrzebne, bo do celu dotarłem bez ładowania. Późniejsze wycieczki po okolicy nie były dłuższe niż 100 km, więc de facto temat energii dla mnie nie istniał. Wieczorem przed pójściem na kolację podpinałem Mazdę do ładowarki, a kiedy kończyłem jeść, miałem już nieco ponad 80% baterii.

Co jednak w momencie, kiedy elektrykiem jedzie się w region, gdzie infrastruktura ładowarek dopiero raczkuje? Postanowiłem to sprawdzić i ruszyłem Mazdą 6e na Podlasie. Dokładnie do Krainy Otwartych Okiennic. Moje założenie było dość proste: mam jeden dzień pięknej pogody i chcę go jak najlepiej wykorzystać. Zaplanowałem wyjazd z Warszawy z samego rana. Wrócić chciałem tego samego dnia wieczorem. Czy taka podróż elektrykiem jakkolwiek różni się od podróży autem z silnikiem benzynowym? Zacznijmy od liczb.

Trochę matematyki

Oczywiste jest, że moje wyliczenia opierają się na indywidualnym stylu jazdy. Po kilku dniach za kierownicą Mazdy 6e przy baterii naładowanej na 100% widziałem zasięg w granicach 460 km. Automatycznie w głowie zakładałem, że bez problemu przejadę 400 km. Bufor zostawiałem sobie tylko na wypadek jakichś losowych zdarzeń – zajętych czy niedziałających ładowarek. Zanim ruszyłem na Podlasie, usiadłem na kwadrans przy mapie i rozplanowałem sobie podróż.
Odcinek z domu do Białegostoku to około 200 km. Wiedziałem więc, że 100% baterii pozwoli mi pokonać trasę w dwie strony. Pozostawała jeszcze kwestia pętli na miejscu, a ta według prostych wyliczeń miała około 90 km w najdłuższym wariancie. Planowałem zatem trasę liczącą około 500 km i wystarczyło przez moment zastanowić się, jak sensownie zaplanować ładowanie.
W pierwszą stronę wybrałem ładowarkę przy supermarkecie w centrum miasta. I tak potrzebowałem załatwić coś w dwóch sklepach, więc czas ładowania spożytkowałem w całości na codzienne sprawy. Ładowałem się tam przez około 30 minut i poziom baterii wskazywał, że mogę już bez problemu przejechać moją pętlę i trasę powrotną. Wiedziałem jednak, że zużycie energii na trasie szybkiego ruchu jest nieco inne niż przy jeździe po mieście czy wioskach. Założyłem, że po wycieczce w Krainie Otwartych Okiennic zatrzymam się jeszcze na krótkie ładowanie przy stacji na wyjeździe z Białegostoku w kierunku Warszawy.

Podsumowując: cały proces ładowania zajął mi około 50 minut. Czy to dużo? Zakładając, że i tak musiałem załatwić coś w sklepach, można odjąć od tej sumy 30 minut. Pozostaje 20 minut. Z ciekawości włączyłem stoper podczas ostatniego tankowania benzyny na stacji w standardowej sytuacji. Łącznie zajęło mi to 13 minut – zakładając nalanie 45 litrów paliwa, czekanie w kolejce do dystrybutora, a później w kasie. Z matematyki wychodzi więc, że różnica to jedynie 7 minut.

Strachy na lachy

Wyjechałem z Białegostoku w kierunku Zabłudowa, czując lekki niepokój. Chociaż na wyświetlaczu widziałem, że mam prawie 400 km zasięgu, to podświadomie gdzieś tliła się we mnie obawa. Wynikała ona głównie z rozsiewanej wszem i wobec narracji o tym, jak to mało jest ładowarek. Tylko czy były mi tak naprawdę potrzebne? Przecież moja wycieczka to około 90 km! Po ich przejechaniu miałem nadal energię na pokonanie kolejnych 300 km.

Te obawy to moim zdaniem zwyczajne strachy na lachy i czarne scenariusze rozsiewane przez przeciwników elektryków. Na logikę – nie groziła mi żadna katastrofa, a nawet gdyby z jakiegoś powodu totalnie wyjeździł baterię do zera, to przecież w bagażniku miałem kabel, którym można podłączyć auto do najzwyklejszego domowego gniazdka. Myślę, że w awaryjnej sytuacji znalazłby się ktoś, kto – oczywiście za stosowną opłatą – pozwoliłby mi się podładować. Inna zabawna sprawa: dopiero kiedy pojechałem elektrykiem na Podlasie, zauważyłem, że jeździ tam bardzo dużo samochodów na „zielonych blachach”. Rolnicy to przedsiębiorcy, którzy potrafią liczyć. Wielu z nich ma panele fotowoltaiczne dla swoich gospodarstw. Jeżdżą głównie po okolicy, więc dla nich elektryk wydaje się idealnym wyborem.

Myślę, że większość obaw przed użytkowaniem elektryka w taki sposób jak auta ze spalinowym silnikiem zakorzeniona jest w nieuzasadnionych niczym mitach. Mitach o tym, że nie ma ładowarek – tak jakby potrzebne były co 10 km. Stacji benzynowych przecież też nie mamy w każdej wiosce. Dla wielu osób zasięg rzędu 400 czy 450 km w warunkach miejskich wystarczy na kilkanaście dni. A przy dłuższej trasie z przedstawionej wcześniej matematyki jasno wychodzi, że nie taki wilk straszny, jak go malują.

Elektryk w Krainie Otwartych Okiennic

Zostawiając już na boku sprawy techniczne i filozoficzne, chcę skupić się na tym, co najważniejsze: co zobaczyłem w trakcie tej podróży? To jest przecież istotne! A widziałem całkiem sporo. Wybrałem się w najbardziej sielankowy zakątek Podlasia określany mianem Krainy Otwartych Okiennic. Widok charakterystycznych okien ozdobionych wyrezkami to znak rozpoznawczy podlaskich wsi. Trześcianka, Puchły i Soce to trzy wsie, które połączyły siły i zaczęły wspólnie się promować. Turyści otrzymali ciekawą propozycję i możliwość zobaczenia tradycyjnych osad z piękną architekturą drewnianą.

Poza domami i zabudowaniami gospodarczymi są tam również dwie perełki, czyli cerkwie w Trześciance i Puchłach. Miałem sporo szczęścia, bo akurat w obu przypadkach miałem możliwość zajrzeć do środka. Zdarza się to niestety bardzo rzadko – mi udało się tylko dlatego, że dołączyłem do zorganizowanych grup, które wcześniej zamówiły zwiedzanie.
Podróż po Krainie Otwartych Okiennic to nic innego jak niespieszne przemierzanie wiosek. Polecam robić to pieszo, bo nie są one duże. W trakcie spaceru zyskuje się możliwość rozmowy z mieszkańcami, którzy choć zajęci swoimi codziennymi sprawami, są niezwykle gościnni i serdeczni.
Błędne byłoby myślenie, że wartymi zobaczenia są w tych okolicach tylko trzy wsie. Paradoksalnie ich rozreklamowanie sprawiło, że skupia się w nich spory ruch turystyczny. Całkiem niedaleko znajdują się podobne wioski: Ciełuszki, Kaniuki czy Koźliki. Szukając pozostałości po dawnym klimacie podlaskich gospodarstw, polecam wybrać się do Ciełuszek. Tam ostały się jeszcze domy, przed którymi biegają kury, a jeden z gospodarzy ma konie. Znakami czasu są natomiast niemal całkowicie znikające z doliny Narwi wolno pasące się krowy – o mleku prosto od krowy można zapomnieć. Czasami zdarza się jeszcze zobaczyć duże stada, ale coraz częściej krowy hodowane są wyłącznie w oborach.

Przejazd Mazdą 6e przez te wioski uświadomił mi, jak szybko zachodzą zmiany w naszej codzienności. Choć nadal odcinki między wsiami są tam zwykłymi szutrowymi drogami i stoją jeszcze tradycyjne zabudowania gospodarskie, to „małych rolników” praktycznie już nie ma. Obraz wsi, nie tylko podlaskiej, na przestrzeni ostatnich dwóch dekad zmienił się nie do poznania. Resztki dawnego świata zobaczyć można jeszcze w Krainie Otwartych Okiennic, ale są to naprawdę dogasające iskry. Dlatego tym bardziej warto się tam wybrać, żeby zobaczyć to w oryginalnym wydaniu, zanim do obejrzenia będzie już tylko w skansenie.