DWA ŚWIATY, JEDNA PODRÓŻ. JAK BYDGOSZCZ I TORUŃ KRADNĄ SERCE W JEDEN WEEKEND

Relacja między Bydgoszczą a Toruniem pełna jest subtelnych „uprzejmości”. Od dawien dawna te dwa położone blisko siebie miasta prowadzą cichą rywalizację o to, które z nich zasługuje na miano tego „lepszego”. Jeśli w Toruniu zadacie pytanie: „Co jest najładniejsze w Bydgoszczy?”, odpowiedzią będzie zapewne: „Widok na most w kierunku Torunia”. Mieszkanki i mieszkańcy Bydgoszczy odpowiedzą podobnie, zmieniając jedynie kolejność miast.

Konflikt ten ma korzenie jeszcze w średniowieczu. Toruń był miastem krzyżackim – bogatym, dumnym i rozwijającym się dzięki przynależności do Hanzy. Bydgoszcz z kolei to miasto królewskie, od wieków lojalne wobec Korony Polskiej. W czasach bliższych współczesności podział tylko się ugruntował: w Bydgoszczy dynamicznie rozwinął się przemysł, podczas gdy Toruń postawił na status ważnego ośrodka akademickiego, otulonego gotycką architekturą. W 1999 roku reforma administracyjna połączyła te dwa żywioły w jedno województwo. Dziś Bydgoszcz jest siedzibą wojewody, a w Toruniu urzęduje marszałek i sejmik, co sprawia, że ten specyficzny dialog trwa w najlepsze.

Przepis na weekend

Wyruszając w podróż do Bydgoszczy i Torunia, postanowiłem zostawić na boku historyczne waśnie i animozje. Przeglądając ofertę muzealną oraz kulturalną obu miast, doszedłem do wniosku, że są one idealnym miejscem na weekendowy city break. Dzięki temu, że tak bardzo różnią się architekturą, można odnieść wrażenie przebywania w dwóch zupełnie innych światach. Z jednej strony zachwyca gotycki klimat Torunia, z drugiej – Bydgoszcz ze swoją secesją i industrialnym sznytem wcale nie pozostaje w tyle.

Miasta oddalone są od siebie o niecałą godzinę jazdy samochodem. Planując wyjazd, zdecydowałem się na nocleg w Bydgoszczy – głównie dlatego, że znalazłem tam hotel na samej wyspie. W centrum miasta znajduje się bowiem Wyspa Młyńska, otoczona wodami Brdy i kanałami, która stanowi namiastkę włoskiej Wenecji.

Taki wybór był podyktowany również logistyką. Po niedzielnym zwiedzaniu Torunia miałem na wyciągnięcie ręki autostradę A1, którą Mazda CX-60 komfortowo zawiozła mnie do Łodzi, a następnie trasą A2 prosto do Warszawy. W zależności od tego, z którego regionu Polski przyjeżdżacie w te strony, warto rozważyć takie rozwiązanie – dzięki niemu zyskałem w niedzielę dodatkową godzinę na spokojny spacer. Co prawda w piątek musiałem tę godzinę doliczyć do dojazdu, ale nie robiło mi to większej różnicy. Był późny wieczór, a ja do celu jechałem, słuchając Listy Przebojów Radia 357 i – zgodnie z duchem slow – nigdzie się nie spiesząc.

Dzień dobry!

Noc na Wyspie Młyńskiej upłynęła spokojnie. Na poranną kawę wybrałem się pieszo na Stary Rynek. Po drodze znów chłonąłem atmosferę bydgoskiej Wenecji i muszę przyznać, że to miejsce ma w sobie coś naprawdę magnetycznego. Korzystając z tego, że rano w mieście panuje jeszcze kojący spokój, poszedłem na dłuższy spacer wzdłuż Brdy ulicą Stary Port aż do Mostu Bernardyńskiego, by wrócić drugą stroną rzeki w kierunku katedry pw. św. Marcina i Mikołaja.

Gdy na zegarze wybiła 10:00, bydgoskie muzea stanęły przede mną otworem. Zacząłem dość nietypowo – udałem się na ulicę Długą i przekroczyłem próg Muzeum Mydła i Historii Brudu. Ta rzadko spotykana tematyka to coś więcej niż chwyt marketingowy. Woda, tak kluczowa dla higieny, miała przecież fundamentalne znaczenie dla rozwoju przemysłowej Bydgoszczy. To tutaj w 1774 roku oddano do użytku Kanał Bydgoski, który połączył dorzecza Wisły i Odry, zmieniając oblicze regionu.

O tym, jak prężnie rozwijała się w mieście sieć wodociągowa, przekonałem się nieco później, odwiedzając jedyne w Polsce Muzeum Wodociągów. Jego siedziby mieszczą się w imponującej, zabytkowej Hali Pomp oraz w dawnej Wieży Ciśnień. Wróćmy jednak do samego mydła i tego, jak ono powstaje. Miałem okazję podejrzeć ten proces podczas warsztatów, które poprzedziły zwiedzanie. To była solidna dawka wiedzy i ciekawostek, o których – przyznaję – nie miałem wcześniej pojęcia.

Po warsztatach i zwiedzaniu Muzeum Mydła i Historii Brudu ruszyłem na prawdziwe muzealne tournée. Postanowiłem odwiedzić niemal wszystkie oddziały Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy (pominąłem jedynie Dom Wyczółkowskiego, który akurat był nieczynny). Zdaję sobie sprawę, że taka dawka muzealnych wrażeń nie dla każdego będzie kusząca, ale wachlarz możliwości jest tu na tyle duży, że każdy może wybrać to, co interesuje go najbardziej.

Zacząłem od wizyty w Europejskim Centrum Pieniądza. Podczas porannego spaceru zajrzałem do wnętrza bydgoskiej katedry, w której w 2018 roku pod posadzką odkryto słynny Skarb Bydgoski. Na wystawie w ECP można zobaczyć tę oszałamiającą kolekcję: 480 złotych monet i ponad 200 wyrobów jubilerskich z przełomu XVI i XVII wieku. Robią niesamowite wrażenie, gdy pomyśli się o ich burzliwej historii.

Po wyjściu z ECP skręciłem w lewo i po kilku krokach stanąłem przed zabytkowym, szachulcowym budynkiem, w którym mieści się wystawa archeologiczna. To fascynująca lekcja historii – dzięki pracy badaczy możemy „czytać” z ziemi opowieści o czasach, z których nie zachowały się żadne źródła pisane. Ta wizyta zrodziła w mojej głowie sporo pytań o początki miasta, a odpowiedzi na wiele z nich znalazłem w kolejnym oddziale – w Spichrzach nad Brdą. Te charakterystyczne budynki są wizytówką Bydgoszczy. Droga do nich wiodła przez Most Jana Kiepury, z którego podziwiałem nowoczesną bryłę Opery Nova, pięknie kontrastującą z historyczną zabudową.

Mając za sobą trzy muzea, wcale nie czułem znużenia. Każde z tych miejsc ma inną energię. Przeszedłem na ulicę Gdańską, gdzie znajduje się Apteka pod Łabędziem. Tu najbardziej zaskoczyła mnie autentyczność i niezwykle pomysłowe podejście do historii farmacji. Po drugiej stronie ulicy mieści się gmach główny Muzeum Okręgowego – to była prawdziwa uczta dla duszy. Ekspozycje skupione na sztuce, z obrazami i rzeźbami wyeksponowanymi w przestronnych, jasnych salach, pozwoliły na chwilę wyciszenia i czystej estetycznej przyjemności.

Na tym zakończyłem moje miejskie tournée, choć to nie koniec możliwości. Muzeum Okręgowe posiada jeszcze jeden, wyjątkowy oddział – Exploseum, urządzone w dawnej fabryce zbrojeniowej III Rzeszy. Zwiedzałem je już jakiś czas temu, więc tym razem zostałem w centrum, by zrealizować jeszcze jeden plan. Ale najpierw – skoro dookoła panują weneckie klimaty – czas na pizzę!

Doświadczenie i nauka

Wróciłem na Wyspę Młyńską, by wstąpić do polecanej przez niemal każdego restauracji „Monka”. Mieści się ona w surowych, ceglanych wnętrzach zrewitalizowanych Młynów Rothera. Muszę przyznać, że entuzjastyczne opinie, które słyszałem o tym miejscu, sprawdziły się w stu procentach! Pizza była doskonała, a krótki odpoczynek pozwolił mi nabrać sił na ostatni punkt mojej bydgoskiej mapy atrakcji.

W tym samym kompleksie budynków znajdują się niezwykle ciekawe wystawy. Zwiedzanie zacząłem od ekspozycji „Węzły. Opowieść o mieście nad rzeką”. To tutaj w pełni uporządkowałem i uzupełniłem wcześniej zdobytą wiedzę. Dzięki nowoczesnym multimediom i stanowiskom interaktywnym mogłem niemal namacalnie poczuć klimat dawnej Bydgoszczy. Jeśli jednak mowa o autentycznym doświadczaniu, to prawdziwe emocje czekały na mnie na kolejnej wystawie – „Młyn-Maszyna”. To była genialna zabawa! Mogłem nie tylko dowiedzieć się, jak działał dawny młyn, ale także własnoręcznie wprawić w ruch wielkie koła zębate i poznać mechanizmy, które przez dziesięciolecia napędzały to miejsce.

Na tym nie kończą się atrakcje Młynów Rothera – dostępna jest tu również strefa SOWA (Strefa Odkrywania, Wyobraźni i Aktywności). Niestety, gdy do niej dotarłem, było już zbyt późno na zwiedzanie. Ale nic straconego! Razem z Domem Leona Wyczółkowskiego, którego również nie udało mi się tym razem odwiedzić, mam teraz dwa solidne argumenty, by jak najszybciej wrócić do Bydgoszczy.

Plan na Toruń?

Po śniadaniu wsiadłem do Mazdy CX-60 i ruszyłem w godzinną podróż do Torunia. Samochód zaparkowałem na strzeżonym parkingu przy Bulwarze Filadelfijskim. To doskonały punkt startowy – pozwala uniknąć kluczenia po wąskich, brukowanych uliczkach Starego Miasta, gdzie o wolne miejsce bywa naprawdę trudno.

Jaki był mój plan na Toruń? To miasto wcale nie ustępuje Bydgoszczy pod względem liczby muzeów. Podobnie jak u sąsiadki, prężnie działa tu wielooddziałowe Muzeum Okręgowe w Toruniu. Idąc nieco na przekór schematom, postanowiłem na początku poznać mniej znane oblicze miasta. Toruń był przecież potężną twierdzą! Przeszedłem przez całe Stare Miasto, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, by dotrzeć do Muzeum Twierdzy Toruń. Wystawa w niezwykle wciągający sposób przybliża znaczenie poszczególnych obiektów wchodzących w skład miasta-fortecy. Były to dla mnie zaskakujące informacje – choć Toruń kojarzy się głównie z Kopernikiem i piernikami, w jego tle drzemie fascynująca, militarna historia.

Toruńska klasyka

Po spotkaniu z dziejami twierdzy przyszedł czas na klasykę. Tutaj nie będę oryginalny – jak niemal każdy podróżnik, skierowałem kroki ku punktom z listy „must see”. Pierwszym przystankiem w drodze powrotnej do Rynku Staromiejskiego było Muzeum Toruńskiego Piernika. To „smakowite” zwiedzanie, które zgrabnie łączy przeszłość z teraźniejszością. Pierniki to bezsprzecznie najpopularniejsza pamiątka z miasta, a w budynkach dawnego zakładu piernikarskiego mogłem prześledzić wszystkie etapy powstawania tego korzennego smakołyku.

Kolejnym oddziałem Muzeum Okręgowego, do którego zajrzałem, był Ratusz Staromiejski. Mieści się tam bogata kolekcja sztuki, jednak na mnie największe wrażenie wywarły gotyckie rzeźby – ich surowość i kunszt idealnie pasują do klimatu miasta. Wychodząc z Ratusza, natknąłem się na pomnik Mikołaja Kopernika. Grzechem byłoby nieodwiedzenie miejsca poświęconego jego życiu i wielkim odkryciom. Dom Mikołaja Kopernika to piękna gotycka kamienica, w której udało się zachować autentyczny klimat dawnych lat, łącząc go z nowoczesnymi formami przekazu.

Kropką nad „i” w tej muzealnej przygodzie była wizyta w Muzeum Podróżników im. Tony’ego Halika. Jako czytelnik wszystkich jego książek, z ogromnym zainteresowaniem oglądałem kolekcję przedmiotów przywiezionych z najdalszych zakątków świata, które Elżbieta Dzikowska przekazała miastu. W mojej pamięci natychmiast ożyły opisy przygód na Mato Grosso czy słynnej podróży jeepem z Ziemi Ognistej na Alaskę. Przy okazji gorąco polecam książkę Mirosława Wlekłego „Tu byłem. Tony Halik” – to genialna biografia, której autor dotarł do miejsc i ludzi osobiście związanych z tym legendarnym podróżnikiem.

Nawet nie wiem, kiedy minęło tych kilka godzin, a słońce zaczęło mocno chylić się ku zachodowi. Zanim ostatecznie pożegnałem Toruń, podjechałem jeszcze na koniec ulicy Majdany. Znajduje się tam punkt widokowy, z którego roztacza się najpiękniejsza panorama Starego Miasta. To był idealny, spokojny akcent na zakończenie tego intensywnego weekendu.

Bydgoszcz czy Toruń?

Czy po takim weekendzie potrafię ocenić, które z tych miast jest „lepsze”? Absolutnie nie i… wcale nie zamierzam tego robić. Doszedłem do wniosku, że taki podział po prostu nie ma sensu. Bydgoszcz i Toruń tworzą bowiem wyjątkowy, turystyczny duet, w którym nie ma miejsca na nudę.
Zarówno jedno, jak i drugie miasto urzekło mnie zupełnie czymś innym. Kiedy wracałem do domu, w głowie kołatały mi odmienne obrazy i wspomnienia – myślę, że to właśnie ta różnorodność sprawiła, że był to tak wartościowy czas. Jestem przekonany, że gdybym wybrał tylko jedno z nich, czułbym pewien niedosyt. Wspólnie sprawiły, że przeżyłem niezapomniany city break i z dużą przyjemnością będę do nich wracał.