TAM, GDZIE CZAS PŁYNIE WOLNIEJ. PRZEDWIOŚNIE NA WSCHODZIE Z MAZDĄ CX-60

W centralnej i północno-wschodniej Polsce rok 2026 rozpoczął się iście zimowo. Od wielu lat nie było tak długiej, mroźnej i śnieżnej zimy. Media co i rusz obiegały informacje o jeziorach pokrytych grubą taflą lodu, które od dekad nie zamarzały, oraz o termometrach wskazujących ekstremalnie niskie temperatury. Takiej „prawdziwej zimy” doświadczyłem na Suwalszczyźnie, gdzie udałem się Mazdą CX-60.

Kiedy tylko zaczął się marzec i mróz odpuścił, bardzo liczyłem na to, że topniejący śnieg zasili doliny Narwi i Biebrzy, tworząc widowiskowe rozlewiska. Moje zaskoczenie było jednak ogromne, gdy okazało się, że wody jest nadzwyczaj mało, a na niektórych odcinkach rzek rozlewisk nie ma prawie wcale. Zmiany klimatu i postępująca z każdym rokiem susza są tu widoczne gołym okiem.

Mimo to ruszyłem ponownie na wschód, by spróbować uchwycić na zdjęciach przedwiośnie – ten ulotny czas, którego coraz rzadziej możemy w Polsce doświadczyć w jego pełnej formie. Przedwiośnie to czas na rozdrożu: poranki bywają jeszcze lodowato zimne, ale w południe można już cieszyć się słońcem i pierwszą, przyjemną aurą budzącej się przyrody. Jak wygląda ten moment na wschodzie Polski? Pojechałem przekonać się o tym Mazdą CX-60. Posłuchajcie…

Oczekiwanie

Gdybym miał znaleźć synonim dla przedwiośnia na bazie obserwacji poczynionych na wschodzie Polski, użyłbym słowa: oczekiwanie. Czeka zarówno natura, jak i rolnicy czy gospodarze. Marcowe, południowe słońce bywa złudne. Przyroda czeka, aż zrobi się naprawdę ciepło, a poranne przymrozki odejdą w niepamięć. Wszystko zdaje się trwać w napięciu.

Ludzie, skuszeni pierwszymi promieniami, ruszają do prac w ogrodach. W ruch idą grabie, miotły i sekatory – trzeba przygotować się na kolejny sezon. Rolnicy niepewnie spoglądają na pola, gdzie pracy jest mnóstwo, ale wiedzą doskonale, że ziemia jest jeszcze zbyt mokra, by wjeżdżać w nią traktorem. Trzeba cierpliwości.

Przemierzając Mazdą CX-60 podlaskie drogi, niemal z każdej strony dostrzegałem to wielkie wyczekiwanie. Wszyscy wypatrują ciepłych podmuchów wiatru, pierwszych bocianów w gniazdach, zapachu świeżo skoszonej trawy czy widoku kwiatów zalewających łąki. W marcu pejzaż jest jeszcze pozornie „martwy”. Nie do końca jednak, bo na niebie panuje już spory ruch…

Klucze do wiosny

Od zarania dziejów pojawiające się na niebie klucze gęsi zwiastują przełom. W 2026 roku apogeum przelotu stad nad Biebrzą przypadło na połowę marca. To dość wcześnie – jeszcze piętnaście lat temu ten spektakl obserwowałem dopiero na początku kwietnia. Miałem sporo szczęścia, trafiając nad rzekę w samym szczycie migracji.

W dolnym basenie Biebrzy, na odcinku od Wizny do Radziłowa, nocowały tysiące ptaków. Kiedy słońce pojawia się nad rozlewiskami, rozpoczyna się niezwykłe przedstawienie. Całe stada podrywają się do lotu i ruszają na okoliczne pola. Dzieje się to niemal automatycznie – jakby ktoś nacisnął magiczny guzik i startował kolejne grupy. Początkowo ruszają chaotycznie, robiąc niesamowity rejwach, ale gdy tylko wzbiją się wyżej, formują kształtny klucz i znikają hen, nad polami. Obserwowałem to z brzegu rzeki w Brzostowie. Stałem tam dobre pół godziny, niczym zahipnotyzowany patrząc, jak tysiące gęsi rozpoczynają swój dzień. Gdy wróciłem tam tydzień później o wschodzie słońca, nie zastałem już nic poza ciszą i pustką ziejącą z przepastnych rozlewisk.

W dolnym biegu Biebrzy wody było sporo. Jednak im dalej w górę rzeki, tym częściej płynęła ona jedynie w swoim korycie. To widok niespotykany o tej porze roku, kiedy brzegi powinny być zalane. Choć zima była śnieżna, sucha ziemia i bagna błyskawicznie wchłonęły wilgoć. Widać wyraźnie, że mimo mrozów, opady były jedynie kroplą w morzu potrzeb.

Poszukiwania

Przedwiośnie to wymagająca pora na Podlasiu. Świetnie odnajdują się tu fotografowie przyrody, ale ci, którzy szukają typowo turystycznych atrakcji, mogą poczuć niedosyt – wiele miejsc startuje dopiero z majówką. Przyroda też potrafi stawiać twarde granice.

Przekonałem się o tym w Kopytkowie. Od dawna chciałem przejść szlakiem do Uroczyska Nowy Świat właśnie teraz, gdy nie ma jeszcze liści (i komarów!). To tylko trzy kilometry przez bagno. Gdy jest sucho, przejście nie stanowi problemu. Teraz jednak, mimo wysokich kaloszy, po pięciuset metrach musiałem zrezygnować. Kiedyś bagno mało nie „wyrwało mnie z butów”, więc tym razem wolałem nie ryzykować.

Pojechałem dalej na północ. Zaparkowałem Mazdę CX-60 przy kładce w Szuszalewie i ruszyłem przez bagna aż do promu na rzece. Aby przeprawić się na drugi brzeg, trzeba tam użyć siły własnych mięśni i przeciągnąć prom za pomocą łańcucha. Proste i bardzo satysfakcjonujące doświadczenie.

Zostałem w dolinie Biebrzy i udałem się do wsi Mścichy. Ku mojemu zaskoczeniu droga do wieży na Białym Grądzie była praktycznie w całości przejezdna. Choć dzięki wyższemu zawieszeniu i napędowi 4×4 moja Mazda CX-60 poradziłaby sobie z dojazdem do samego końca, wolałem zatrzymać się wcześniej. Resztę drogi pokonałem pieszo, co pozwoliło mi w ciszy obserwować ptaki wodne, które powoli zaczynały szykować się do lęgów.

Wyjątkowe spotkanie na koniec

Ostatni poranek mojej podróży spędziłem w terenie. Wstałem chwilę przed piątą, więc gdy pierwsze promienie słońca zaczęły zalewać dolinę Biebrzy, byłem już kawałek za Brzostowem. Nagle, z niewielkiej kępy drzew między asfaltem a wsią, wyszły trzy łosie. Dumnie wędrowały wprost ku słońcu. Stałem i fotografowałem tę scenę, całkowicie zauroczony tym, co widzę.

Jaki to piękny symbol. Natura powoli wraca do siebie, w niedostępne, dzikie ostępy. Wraz z nadejściem wiosny łosie przestaną zapuszczać się poza dolinę w poszukiwaniu pożywienia. Nadchodzą poranki, kiedy nie dojrzy się ich już tak łatwo poza ich matecznikiem w sercu Biebrzańskiego Parku Narodowego. Tam, chronione zarówno prawem, jak i samą naturą, w spokoju doczekają kolejnej jesieni i zimy.

Być może kiedyś jeszcze się spotkamy, gdzieś wśród tych bezkresnych, wschodnich przestrzeni…