ŚLADAMI KOPERNIKA

Długość trasy: 426 km
Orientacyjny czas trwania: 3 dni

Przyznam bez ogródek, że szukałem pretekstu, by zobaczyć nieznany mi warmińsko-kujawski zakątek Polski, i znalazłem temat przewodni podróży, który sprawił, że nabrała ona sensu. Mogłem oczywiście tak po prostu ruszyć wschodnim skrajem Kujaw i zachodnią częścią Mazur na północ kraju, ale wolałem mieć ze sobą przewodnika. Stał się nim sam Mikołaj Kopernik. Postać tego wybitnego astronoma zmobilizowała mnie do przejazdu z Torunia, gdzie się urodził w 1473 r., do Fromborka, w którym zmarł w 1543 r. Nie będę przytaczał jego biografii, bo na ten temat wielokrotnie już rozpisywali się historycy. Postanowiłem skupić się na pokazaniu tego skrawka ziemi, który Kopernik oglądał za życia. Znalazł się w naprawdę ciekawym miejscu świata, z którego nie tylko obserwował niebo, ale też… wstrzymał Słońce i ruszył Ziemię! Posłuchajcie…

Zaczęło się od tego, że z Warszawy musiałem dostać się do Torunia. Przycisnąłem „Start” w Mazdzie 3, ustawiłem nawigację na Ciechocinek i ruszyłem autostradą A2 w kierunku Łodzi. Nie dalej jak w Wiskitkach uznałem, że taka jazda nie ma sensu i skręciłem w alternatywną trasę do Łowicza. Plan był przebiegły, bo po drodze zatrzymałem się na obiad w Oberży pod Złotym Prosiakiem w Nieborowie. Padał deszcz, więc z żalem minąłem park w Arkadii i drogą nr 92 pojechałem w kierunku autostrady A1. Wjechałem na nią koło Kutna i ekspresowo znalazłem się w Ciechocinku. Na miejsce dotarłem już w egipskich ciemnościach, więc nie zostało mi nic innego, jak odpocząć przed kolejnym dniem. Dlaczego nie wybrałem hotelu w Toruniu? Nie lubię nocować w miastach, to po pierwsze. Po drugie nigdy nie byłem w Ciechocinku i uznałem, że taki wstęp do podróży będzie dobrym fundamentem. Nie pomyliłem się. Spałem w kameralnym, choć położonym w kiepskim otoczeniu, Hotelu Kopernik. Rano wybrałem się na krótki spacer po najsłynniejszym polskim uzdrowisku i muszę przyznać, że bardzo się rozczarowałem. Może to wina jesieni lub braku słońca, ale entuzjazm gasł za każdym rogiem. Mój przodek Jan Gospodarek, fotograf z okresu międzywojennego, zostawił po sobie sporo pocztówek z Ciechocinka. Szedłem ich szlakiem i ze smutkiem stwierdzałem, że splendor uzdrowiska przygasł i ledwo się tli. Najbardziej spodobały mi się… ruiny basenu. Wyglądają apokaliptycznie i księżycowo. Niestety jest to jedno wielkie śmietnisko i cały czas trzeba uważać, żeby nie wejść w potłuczone szkło.

Z Ciechocinka do Torunia jechałem niespełna 30 minut. Zacząłem od spojrzenia na panoramę miasta z punktu widokowego na końcu ulicy Majdany. Ceglany gotyk odbijający się w wodach Wisły tworzy w tym miejscu niezwykły widok. Mostem Piłsudskiego przejechałem przez rzekę i zaparkowałem na tyłach Rynku Nowomiejskiego. Z tego miejsca udałem się na spacer po Starym Mieście i z każdym krokiem zachwycałem się tym miastem coraz bardziej. Odwiedziłem oczywiście Dom Mikołaja Kopernika, ale skusiło mnie także Muzeum Podróżników im. Tonego Halika. Na deser zostawiłem sobie Żywe Muzeum Piernika oraz Muzeum Toruńskiego Piernika. Spacerując między tymi atrakcjami, zdołałem zobaczyć sporą część miasta. Rynek Staromiejski jest interesujący i ma swój charakter. Czerwona cegła, bruk i bijący z nich powiew historii dodają zabytkowej części miasta ogromnego uroku. Nic dziwnego, że Toruń w 1997 r. trafił na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.

Miasto opuszczałem z poczuciem niedosytu, ale krótsze jesienne dni zmusiły mnie do dalszej podróży. Którędy Kopernik jechał z Torunia do Olsztyna? Szukałem historycznych dróg, ale nie udało mi się znaleźć wiarygodnych źródeł. Postanowiłem więc wytyczyć własny szlak. Ruszyłem na wschód i po 30 minutach jazdy przystanąłem przy zamku w Golubiu-Dobrzyniu. Drogą nr 534 jechałem na północ przez Wąbrzeźno do Radzynia Chełmińskiego. Tam na chwilę zatrzymałem się przy ruinach zamku krzyżackiego. Drogą nr 538 przedostałem się do krajówki nr 16 i ona zaprowadziła mnie prosto do Olsztyna. Przez okna samochodu podziwiałem, jak zmienia się pejzaż. Świat stał się bardziej pofalowany, co rusz widziałem jeziora i nawet nie wiem kiedy minęła mi droga do stolicy województwa warmińsko-mazurskiego.

Z zabytków Olsztyna najbardziej zainteresował mnie zamek – gotycka budowla wzniesiona przez kapitułę warmińską w połowie XIV w. Już w 1334 r. w zakolu Łyny powstała drewniana strażnica, w miejscu której w połowie XIV w. postawiono murowany zamek. Dojście do niego ograniczała fosa ze zwodzonym mostem od strony rzeki, a pierwsze wybudowane skrzydło otoczone było murem. Wieża zamkowa została wzniesiona w połowie XIV w., a następnie w XVI w. rozbudowano ją do wysokości 40 m i wtedy też otrzymała kształt cylindryczny. Skrzydło południowo-zachodnie powstało w XV w. Zamkowe mury łączyły się z murami miejskimi, ale budowla stanowiła odrębny bastion na obrzeżach ówczesnego miasta. Na przestrzeni wieków funkcje obronne traciły na znaczeniu i ustępowały miejsca mieszkalnym. I tak w miejscu podgrodzia i części murów w końcu XVIII w. stanęło skrzydło pałacowe. W kolejnych latach most zastąpiono groblą, a sam zamek zaczął pełnić przeróżne funkcje. Jeszcze przed I wojną światową przeprowadzono w nim generalny remont w związku z przeznaczeniem na siedzibę prezydenta rejencji olsztyńskiej. Od 1921 r. w jego murach działało muzeum poświęcone etnografii regionu. Po 1945 r. dalej pełnił funkcje muzealne, a obecnie mieści Muzeum Warmii i Mazur. Można w nim obejrzeć wystawę poświęconą Mikołajowi Kopernikowi, który latach 1516-1521 mieszkał na zamku, pełniąc rolę jego administratora, a z południowo-wschodniego skrzydła zamku obserwował niebo. Na krużganku umieścił specjalną tablicę astronomiczną, która ułatwiała mu śledzenie równonocy jesiennej i wiosennej. Pozostałości tej naukowej pomocy można obejrzeć w trakcie zwiedzania zamku. Po tej podróży w czasie nie odmówiłem sobie przyjemności spaceru po okolicach olsztyńskiego rynku. Zrobiło się jednak bardzo późno i musiałem czym prędzej udać się do oddalonego około 50 km na wschód Jełmunia. Tam, w niezwykłym miejscu, zaplanowałem nocleg i choć nadłożyłem trochę kilometrów, to warto było znaleźć się w jednym z najpiękniejszych wschodniopruskich dworów w regionie.

Jełmuń to malutka wieś przyklejona do jeziora o tej samej nazwie w samym sercu Mazur. Niewielkie wzniesienie porasta wiekowy park, a wśród starych drzew dostrzec można urokliwą bryłę murowanego pałacu. Zbudowano go w pierwszej połowie XIX w. dla rodziny von Woisky, herbu Wieniawa III. Po II wojnie światowej popadł w ruinę i wiele lat niszczał w zapomnieniu. Dzięki nowym właścicielom w jego wnętrza i otoczenie powrócił duch starych czasów. Brukowany podjazd, oryginalny ganek i odnowione pomieszczenia swoim urokiem wprawiają w zachwyt. Pośród setek pięknych detali, tak jak dawniej, na wiele lat przed wojnami, toczy się tu normalne życie. Wnętrze dworu to oryginalnie zachowany amfiladowy układ pomieszczeń. W przestronnej sieni uwagę przykuwa piec kaflowy oraz stare zdjęcia, z których spoglądają przedwojenni właściciele dworu. Salon zachwyca secesyjnym wyposażeniem, a biblioteka – imponującym księgozbiorem, poświęconym ziemiaństwu i historii Prus Wschodnich. Jadalnia z dużym stołem i oknami wychodzącymi na taras – z widokiem na park i jezioro – to doskonałe miejsce na „zasiady”, czyli niespieszne celebrowanie posiłków. Kamienne mury, ceglane sklepienia oraz ręcznie kute lampy tworzą klimat dworskiej piwnicy. Dwór tak jak dawniej żyje z ziemi, a przy nim prowadzona jest hodowla owiec rasy wschodniopruskiej. Na piętrze udostępniono pokoje gościnne urządzone w iście dworskim stylu. Pieczę na tym miejscem sprawuje pani Basia, która całym sercem stara się przywrócić mu historyczny klimat. Udaje jej się to z powodzeniem. Okolica Jełmunia jest przepiękna, o czym mogłem przekonać się w czasie krótkiej porannej wycieczki samochodem. Mazda 3 czuła się jak ryba w wodzie na krętych mazurskich drogach, gęsto obsadzonych drzewami. Musiałem jednak zejść na ziemię i wrócić na szlak. Obrałem więc kierunek Lidzbark Warmiński i delektując się widokami za oknem, mknąłem niespiesznie do kolejnego punktu na trasie.

Lidzbark Warmiński położony jest około 50 km na północ od Olsztyna. Do XIX w. był stolicą Warmii i największym ośrodkiem w regionie. Zapewne dlatego Kopernik zamieszkał w tym mieście po powrocie w 1507 r. ze studiów we włoskiej Padwie. Znajduje się w nim cenny zabytek sztuki gotyckiej, czyli zamek biskupów warmińskich. Jego budowa była związana z przeniesieniem siedziby biskupiej z Ornety do Lidzbarka. Rozpoczęto ją w II połowie XIV w., wznosząc budynek na planie czworoboku. Stanął on w widłach rzek Łyny i Symsarny, a od południa i wschodu otaczały go mury oraz fosa. Zamek zdobi wysoka wieża w jednym narożu, a w pozostałych trzech znalazły się mniejsze wieżyczki. W piwnicach urządzono magazyny, a także wydzielono część na więzienie. Dziedziniec zamkowy otoczono dwukondygnacyjnymi krużgankami. Przed zamkiem właściwym znajduje się zabytkowe przedzamcze, które otacza trójskrzydłowy budynek. Mieściły się tam: stajnia, spichrze, wozownia, młyn, tartka i garbarnia. Po włączeniu Warmii do Polski, po II pokoju toruńskim, zamek stał się ważnym ośrodkiem kulturalnym. Koniec XVI w. położył kres jego funkcjom obronnym na rzecz siedziby dworskiej. Ostatnim biskupem warmińskim władającym zamkiem był Ignacy Krasicki. W 1772 r. Warmia została włączona do Prus, a biskupi opuścili siedzibę, która sukcesywnie popadała w ruinę. W połowie XIX w. rozebrano barokowy pałac, a zamek przekształcono na potrzeby sierocińca i szpitala. W 1927 r. rozpoczęto pierwsze prace konserwatorskie i powołano do życia Muzeum Zamkowe. Po II wojnie światowej powrócono do odbudowy zamku, która z różną intensywnością trwała aż do lat 80. XX w. W 1961 r. powstało Muzeum Warmińskie, które jest oddziałem olsztyńskiego Muzeum Warmii i Mazur. Turyści w trakcie zwiedzania zobaczyć mogą kaplicę zamkową, pomieszczenia w Wieży Wysokiej, a także Wielki Refektarz, nazywany także salą sądową, który znajduje we wschodnim skrzydle. Wejście do niego zdobi portal z piaskowca z 1612 r., a sama sześcioprzęsłowa sala ma 27 m długości i 9 m szerokości. Lidzbark sam w sobie nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Może dlatego, że jego mieszanka architektoniczna gryzła się we mnie po dobrej godzinie jazdy przez warmińskie bezdroża. Nie ociągając się, opuściłem dawną stolicę Warmii i pojechałem w kierunku Fromborka. Stwierdzenie „w kierunku” najlepiej oddaje stan rzeczy, bo nie jechałem ani najszybszą, ani najkrótszą drogą. Wybrałem opcję „na przełaj”, czyli wiedziałem, że muszę przejechać przez Pieniężno i Braniewo, reszta była bez znaczenia. Rozpocząłem niespieszną włóczęgę po Warmii. To było świetne przeżycie i ani razu nie musiałem zawracać! Mijałem maleńkie osady, bo nawet nie wsie, i niezliczoną ilość falujących pól. Od Braniewa poezja się skończyła i dalej wiodła mnie droga nr 504. Dotarłem do Fromborka, miejsca, w którym zmarł Mikołaj Kopernik i mój entuzjazm… też umarł. Dawno temu widziałem fotografie tego miasta i żyłem w przekonaniu, że to miejsce w klimacie włoskim. Okazało się jednak, że poza Wzgórzem Katedralnym i Wieżą Wodną z 1571 r. nie zobaczyłem nic interesującego. Można uznać, że to i tak dużo, ale nie ukrywam, że przeżyłem rozczarowanie. Nie żałowałem tej wizyty tylko dlatego, że droga do Fromborka była przepiękna, a mijane po drodze miejsca budowały w mojej wyobraźni ciekawy obraz scen z życia Mikołaja Kopernika.

Postać polskiego astronoma przeprowadziła mnie przez bardzo malowniczy zakątek Polski. Każde z odwiedzonych miejsc rzucało nowe światło na jego osobę. Ogromnym plusem tej trasy jest to, że odległości między poszczególnymi punktami są na tyle duże, że w trakcie przejazdu można nasycić oczy pięknymi widokami, odpocząć, złapać dystans i zatęsknić za zwiedzaniem. Podróżując już po sezonie wakacyjnym, w środku tygodnia, nie spotkałem w muzeach zbyt wielu turystów (raczej grupy zorganizowane). To sprawiło, że w ciszy i skupieniu mogłem zanurzyć się w historii. We Fromborku postanowiłem zostać aż do wieczora. Chciałem zobaczyć to samo niebo, które przed wiekami obserwował Kopernik. Stałem nad Zalewem Wiślanym i wpatrywałem się w gwiazdy. To okazało się najpiękniejszym przeżyciem tej podróży. Każdemu polecam wizytę we Fromborku chociażby po to, żeby „przez ramię Kopernika” spojrzeć w gwieździste niebo. Z tego miejsca Kosmos wydaje się bliższy…

Zobacz najnowsze wpisy na blogu